Wydała właśnie nową płytę, na której szczerze śpiewa o miłości. Bo jak twierdzi ANIA DĄBROWSKA – to właśnie miłość, choć czasem kończy się źle, inspiruje ją najbardziej.

Pro Zdrowie: Na kilka lat zniknęłaś z życia publicznego. Ostatnią płytę wydałaś cztery lata temu. Jak wykorzystałaś ten czas?

ANIA DĄBROWSKA: Na świat przyszło niemal w tym czasie dwoje moich wspaniałych dzieci i to na nich skupiłam swoją uwagę. Wspaniale było przez pewien czas być tylko i wyłącznie mamą. Staś ma dziś pięć lat, Mela trzy. Macierzyństwo sprawiło, że dojrzałam i inaczej patrzę na życie. Poukładałam sobie w głowie, co będę robić, jaką muzykę chcę tworzyć. Przemeblowałam też swoje zaplecze artystyczne – zmieniłam management, skład zespołu, wytwórnię. Zaczęłam żyć bardziej w zgodzie z samą sobą.

PZ: Jak wpłynęło na ciebie macierzyństwo?

A.D: Powiedzmy sobie wprost, że macierzyństwo ma swoje konsekwencje biologiczne. Hormony działają jak narkotyki, a opowieści o tym, że kobiety w czasie ciąży mają gąbki zamiast mózgu, mają w sobie sporo prawdy. Sama niestety tego doświadczyłam. Ciąża kompletnie uodparnia cię na sztukę. Pamiętam taką sytuację. Siedziałam wieczorem w domu. Mówię sobie – no dobra, zostałaś już matką, ciężar spadł ci spod serca, to może napiszesz jakąś piosenkę. Dziecko spokojnie sobie śpi, ja puk – słuchaweczki na uszy, siadam do klawiszy i zabieram się do pracy. Ciężko w to uwierzyć, ale przez godzinę próbowałam znaleźć tonację. Niby prosta rzecz, ale okazało się, że po prostu nie potrafię! Zanim dawne umiejętności wróciły, musiało minąć sporo czasu.

PZ: Co najbardziej zaskoczyło cię w byciu mamą?

A.D: To, że dziecko staje się dla kobiety formą zmiany tożsamości. W pewnym sensie musimy tę tożsamość zbudować od nowa.

PZ: Kiedyś powiedziałaś, że dla macierzyństwa twoje życie zawodowe może pójść w odstawkę na dłużej. Czy ciężko było podjąć decyzję o dłuższej przerwie w pracy? Taka decyzja w dzisiejszych czasach, w których dominuje trend łączenia macierzyństwa z karierą, wydaje się dość trudna do podjęcia.

A.D: To bardzo indywidualna sprawa. Wszystko zależy od kobiety – niektóre nie chcą przerywać kariery, prężnie działają po urodzeniu dziecka, a niektóre poświęcają się jego wychowaniu i nie widzę w tym niczego złego. Bardzo kocham swoje dzieci i to dla nich zniknęłam na cztery lata. Nie żałuję tej decyzji, zwłaszcza że macierzyństwo wiele mi daje.

PZ: Czy powrót do pracy był trudny?

A.D: Nie mogę powiedzieć, że nie. Nie było mnie długo. Rynek się zmienił. Pojawiły się nowe gwiazdy, muzyka się zmieniła. I wiesz – płyty już nie są tym, czym były.

ania_dabrowska-Foto_ZosiaZija_i_JacekPioro_01 kopia kopia

PZ: Czy jest coś, czego nauczyłaś się od swoich pociech?

A.D: Cierpliwości (śmiech)!

PZ: Dla naiwnych marzycieli – skąd pomysł na taki tytuł?

A.D: Ja jestem naiwną marzycielką i chciałabym jeszcze móc wierzyć w miłość, w ludzi, w wyższe uczucia i motywacje, a nie zgorzknieć do reszty, przejmując się tym, że wszystko, co dobre w życiu, jest iluzją.

PZ: A o czym marzy Ania Dąbrowska?

A.D: O domku na Sycylii. Serio (śmiech). Takim miejscu, żeby uciec od zimy. Mieć swój azyl, miejsce, w którym mogę tworzyć muzykę. A na najbliższy czas – bardzo chciałabym odpocząć i wyjechać na wakacje. Bo nie byłam już na nich bardzo dawno.

PZ: Słuchając twojej nowej płyty, miałam wrażenie, że odkrywam jakąś bardzo osobistą część życia Ani Dąbrowskiej. Bardziej romantyczną. Nie słychać już tej melancholijnej, smutnej nuty, która była nieodłączną częścią wcześniejszych albumów. Nowa płyta zawiera 10 piosenek o miłości i jej… braku.

A.D.: Ta płyta jest poszukiwaniem mojego kierunku. Chciałam, żeby to była płyta romantyczna. Nie chcę powielać swoich rzeczy, ale nie chcę też wyznaczać sobie jakiegoś planu, którego muszę się sztywno trzymać. Już nie chcę się zastanawiać, chcę tworzyć, bo to kocham i do tego jestem stworzona. A czemu o miłości? To właśnie miłość, która czasem faktycznie kończy się źle, inspiruje mnie najbardziej.

PZ: W tworzenie wszystkich utworów jesteś zaangażowana zarówno muzycznie, jak i tekstowo. Skąd czerpiesz inspirację?

A.D: Piszę o tym, co mnie dotyka. Tak się złożyło, że z moimi lękami, moimi przeżyciami, w jakimś stopniu utożsamiają się inne kobiety. I wracamy do punktu wyjścia – gdybym nie pisała o sobie, nikogo by to nie interesowało. Jeśli nikogo by to nie interesowało, pewnie dziś byśmy nie rozmawiały, a ja nie wydałabym kolejnej płyty. Aby muzyka poruszała, musi być szczera od samego początku. Zresztą taką muzykę chcę robić – bardziej szczerą i otwartą.

PZ: Kolejne spostrzeżenie. Gdy poznawałam „Dla naiwnych marzycieli”, nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że to opowieść kobiety po trzydziestce. Kobiety z większym bagażem doświadczeń, z większą ilością historii do opowiedzenia. Co zmieniło się na przestrzeni lat w postrzeganiu przez ciebie życia, miłości?

A.D.: Niekoniecznie chodzi tutaj o postrzeganie życia czy miłości. Z każdą płytą zaczęłam sobie pozwalać na więcej – przestałam się chować za różnymi postaciami, podmiotami lirycznymi. Na nowej płycie śpiewam o tym, co mnie frapuje, boli, nie daje spokoju. Śpiewanie o konkretnych przeżyciach jest na pewno ryzykowne, ale po latach widzę, że nie ma w tym nic złego. Zauważyłam, że od pewnego czasu słuchacze zaczęli odczytywać moje piosenki w kontekście mojego życia.

PZ: Powiedziałaś kiedyś, że muzyka to dla ciebie ciągły stan zakochiwania i odkochiwania. Na jakim etapie jesteście teraz?

A.D.: W tym momencie to znów etap zakochania. Chciałam poczuć, że muzyka mnie inspiruje i pochłania. No i właściwie tak się dzieje. Już teraz mam ochotę zająć się kolejną płytą! Chcę nagrywać nowe rzeczy, eksperymentować z brzmieniami, sięgać po inne gatunki.

Rozmawiała: Dominika Czapkowska

 

Ania Dąbrowska zadebiutowała w 2004 roku, wydając album „Samotność po zmierzchu”, który zdobył uznanie krytyków i publiczności. Wydała dotąd sześć albumów, z czego pięć trafiło na pierwsze miejsce list sprzedaży w Polsce i uzyskało status platynowych. „Dla naiwnych marzycieli” to najnowszy krążek artystki, który ukazał się w marcu tego roku.